50 lat temu zapadły decyzje o utworzeniu Muzeum Lotnictwa w Krakowie - wspomnienia płk. pil. Aleksandra Milarta - 1 Marca 2014 - Witryna kosslwrp
Stowarzyszenie Seniorów Lotnictwa Wojskowego RP
Oddział Krakowski
 
Menu witryny

Kalendarz
«  Marzec 2014  »
PnWtŚrCzwPtSobNie
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31

Archiwum wpisów

Wyszukaj

Statystyki

Ogółem online: 1
Gości: 1
Użytkowników: 0

Dla Admina

Witaj, Gość 09.12.2016, 18:20

Główna » 2014 » Marzec » 1 » 50 lat temu zapadły decyzje o utworzeniu Muzeum Lotnictwa w Krakowie - wspomnienia płk. pil. Aleksandra Milarta
13:00
50 lat temu zapadły decyzje o utworzeniu Muzeum Lotnictwa w Krakowie - wspomnienia płk. pil. Aleksandra Milarta


Płk. pil. Aleksander Milart - Pilot ostatnich polskich bombowców, instruktor, dowódca pułków lotniczych, organizator i wieloletni dowódca 13 Pułku Lotnictwa Transportowego, później im. płk. S. Skarżyńskiego, w podkrakowskich Balicach. Obecnie Członek Honorowy Krakowskiego Oddziału Stowarzyszenia Seniorów Lotnictwa Wojskowego RP. Poniższy tekst został także przekazany w rękopisie do Muzeum.

S. Kurpisz.



Moje muzealne przygody.

Lubiłem zwiedzać muzea. One dają rozrywkę i poszerzają wiedzę zwiedzających. W mojej pamięci utkwiły dwa wydarzenia, trochę o wspólnej tematyce. Jedno z muzeum wojskowego w Warszawie a drugie z Muzeum Lotnictwa w Krakowie.

Najpierw to pierwsze. Byłem dowódcą pierwszej eskadry w dęblińskiej Szkole Orląt. Szkoliłem pilotów bombowych. Były to samoloty bombowe nurkujące Pe-2. Samolot miał dwie charakterystyczne cechy. Miał piękna sylwetkę w powietrzu, a także był bardzo trudny w pilotowaniu i wykonywaniu  na nim zadań bojowych. Do szkolenia na nich wybierano samych prymusów i silnych fizycznie podchorążych. Eskadra była bardzo duża. Miała ponad trzydzieści dużych samolotów bombowych. Samolotów dwusilnikowych. Były to: bojowe Pe-2, szkolno-bojowe UPe-2, przejściowe UTB-2, łącznikowe Po-2.

Ktoś zauważył, że w muzeum wojskowym w Warszawie zapomniano o lotnictwie wojskowym. Wprawdzie na zapleczu pod budynkiem stały dwa samoloty. Jeden to Ił-2 a drugi to jakiś myśliwiec, chyba nie polski. Komendant szkoły otrzymał zadanie by dołączyć samolot bombowy Pe-2. Ja otrzymałem zadanie przygotować jeden samolot jako eksponat. Wpadł mi pomysł by pozbyć się jednego samolotu, na którym Rosjanie nie chcieli latać. Ja już jako dowódca tradycję kontynuowałem. Mówili, że jest bardzo trudny przy lądowaniu. Nigdy nie gwarantuje bezpiecznego lądowania. A lądowanie na tym typie było bardzo trudne. Na tym egzemplarzu było niebezpieczne. Na tym samolocie wykonanie lądowania na trzy punkty było prawie niemożliwe. Przy zetknięciu przednich kół z ziemią i dobieraniu sterownicy na siebie powodowało kangury. Gdy ktoś próbował kangura poprawić to każdy następny był większy, a po utracie prędkości samolot padał na skrzydło i było jego złamanie. Ten egzemplarz już w fabryce był źle wyregulowany i takie były efekty. Nie było mowy, by pozwolić na nim latać podchorążym.

Wykonałem na nim loty kontrolne znając jego kaprysy i sporządziłem protokół o jego nieprzydatności do latania. Posiadał on bardzo mały nalot ale inżynierowie sporządzili odpowiednią dokumentację do kasacji i cel został osiągnięty. Inżynier eskadry dobrał grupę mechaników, samolot został rozmontowany, pozostał kadłub i centropłat. Z samochodem ciężarowym i traktorem, przez trzy doby samolot dotarł do stolicy. Wówczas droga była wąska a po obu stronach stały grube drzewa. Trzeba było je omijać zygzakiem. Na miejscu samolot został ponownie zmontowany i ustawiony obok tych co stały.

Po latach, gdy zwiedzałem muzeum, obejrzałem również moją peszkę. Czułem się ojcem tego eksponatu. Było mi przykro. Samolot był zaniedbany. Oszklenie kabin popękane, lakier brudny i odpadał. Próbowałem coś zrobić, by samolot przenieść do muzeum lotnictwa w Krakowie. Okazało się to niemożliwe. Różni włodarze, różne resorty i dogadać się było niemożliwe. A szkoda, bo w Krakowie, wśród innych o  niego  bardziej by dbano.

Drugie zdarzenie to zupełnie inna sprawa. Gdy zorganizowano wystawę ziem odzyskanych we Wrocławiu, to ja po jej zwiedzeniu zauważyłem, że znajduje się tam magazyn starego sprzętu lotniczego. Mówiono również, że przy parowozowni w Piławie jest również podobny magazyn. Już wtedy w jednostkach lotniczych mówiono o potrzebie otwarcia muzeum lotnictwa. Tylko gdzie ? Ktoś w DWLot wpadł na pomysł, że dobre miejsce byłoby w Krakowie, na likwidowanym lotnisku w Czyżynach. Nawet jest tam duży hangar.

Gdy przybyłem do Krakowa, by organizować 13-ty Pułk Lotnictwa Transportowego, to pod moją opiekę wpadło to lotnisko wraz z zabudową. Po pewnym czasie przybył do Krakowa znany mi z Dęblina oficer, który miałby organizować muzeum. Nazwiska nie pamiętam. Niczego nie mógł zrobić, bo brak było decyzji i uzgodnienia z władzami miasta Krakowa. Ogólną opiekę nad lotniskiem sprawowały moje służby. Wreszcie lotnisko przekazałem władzom Krakowa, ale hangar pozostał pod moja opieką. Takie było polecenie. Władze miejskie miały wielką ochotę na hangar. Planowały wykorzystać go na bazę MPK. Ja nie miałem prawa przekazać tego obiektu.

Wreszcie zadzwonił do mnie Dowódca Wojsk Lotniczych gen. Raczkowski. Oświadczył mi, że nazajutrz do Krakowa przylatuje marszałek Spychalski, by z władzami miasta uzgodnić sprawę hangaru i muzeum. Polecił mi również, bym reprezentował Wojska Lotnicze w tej sprawie. Generała nie będzie, ma inne pilne zadanie. Uzgodnił ze Spychalskim, ze Wojska Lotnicze ja mam reprezentować. W podwójnej roli, gdyż jestem użytkownikiem hangaru.

Była to dla mnie sprawa kłopotliwa, ale i poważna. Byłem uczuciowo i formalnie związany z muzeum, natomiast z władzami miasta miałem i prawne i osobiste stosunki bardzo poprawne. Zadzwoniłem natychmiast do Zastępcy Przewodniczącego Miejskiej Rady, inż. Zdzisława Górskiego, by dowiedzieć się gdzie odbędzie się owe spotkanie. Dowiedziałem się, że to nastąpi w domku, gdzie była siedziba kierownictwa aeroklubu. Z ramienia Rady Miejskiej będzie jej przewodniczący Zbigniew Skolicki. Górski był moim serdecznym przyjacielem. On wiedział jakie jest moje stanowisko w tej sprawie, a ja wiedziałem, że on musi reprezentować sprawy miasta. Ale to nie zależy od niego. Jego szef będzie na pierwszym froncie.

Marszałek Spychalski przyleciał a ja swoją służbową warszawą zawiozłem go do wskazanego domku. Byłem tam wielokrotnie. Po drodze marszałek wypytywał mnie o zdanie w sprawie muzeum. Przedstawiłem rzetelnie sytuację i byłem za muzeum. Grono uczestników było bardzo wąskie. Składało się z trzech osób. Skolicki, Spychalski i ja. Głos zabrał Skolicki. Przedstawił on potrzeby miasta i ulokowanie MPK. Stwierdził, że przecież hangar stoi na terenie miasta. Dla niego potrzeby miasta są ważniejsze niż muzeum. W drugiej kolejności ja zabrałem głos. Byłem gospodarzem obiektu i przedstawicielem Wojsk Lotniczych. Byłem zdania, że warunki na organizowanie tu muzeum są najlepsze. Kraków zasługuje na nie. Jeszcze jedna placówka kulturalna o charakterze bardziej współczesnym byłaby przydatna. Przecież muzeum będzie dawało pewne dochody finansowe i wzmocni ruch turystyczny. Jeszcze jest jeden argument „za”. Kraków był miejscem gdzie powstawało lotnictwo wojskowe po pierwszej wojnie światowej. Tutaj lotnicy powinni czuć się jak u siebie w domu. Niech Kraków dziadków przygarnie.

Na zakończenie głos zabrał marszałek Spychalski. Stwierdził pilną potrzebę otwarcia takiej placówki mówiącej o historii lotnictwa wojskowego. W Krakowie ma ona pełne uzasadnienie historyczne, a hangar byłby doskonałym zaczątkiem do otwarcia takiej placówki. Liczy na przychylność władz miasta. Wojsko zrobi wszystko co w jego mocy by cel osiągnąć. Gdyby jednak władze Krakowa nie wyraziły zgody to my będziemy zmuszeni hangar rozebrać i przenieść na inne lotnisko, a takie potrzeby mamy. Będzie to dla obu stron i zysk i strata, ale nasza wola jest nieodwracalna. Wówczas ponownie głos zabrał Skolicki i to zupełnie w innej tonacji. Stwierdził, że rozumie stanowisko wojska i zmienia decyzję. Wyraża zgodę na otwarcie muzeum lotnictwa w Krakowie. Nastąpiło wyraźne odprężenie. Poprawił się nastrój, chyba nawet u Skolickiego. Wszyscy pogratulowaliśmy sobie mądrej decyzji. Marszałek Spychalski, który niewątpliwie był bohaterem tego dnia odleciał do Warszawy.

Ja przekazałem hangar i sprawa dla mnie została zakończona.  Lotnicy są zadowoleni, władze miasta Krakowa także. Myślę, że historia lotnictwa będzie bardziej trwała, a turyści w Krakowie znajdą jeszcze jeden miły zakątek, który warto odwiedzić. Ja jestem dumny, że brałem w tym udział pozytywny i miło jest mi o tym pisać. A wiarygodność tego co napisałem potwierdzam swoim autografem z życzeniami miłego zwiedzania Muzeum Lotnictwa w Krakowie.

Aleksander Milart ,  Kraków, dnia 11.08.2011 r.


P.S. Gdyby komuś udało się przenieść peszkę z Warszawy do muzeum lotnictwa w Krakowie, będę bardzo rad i to niezależnie, czy będę na tym świecie, czy innym. Będzie mi bardzo miło, że moje marzenie się spełniło.


Strona muzeum: http://www.muzeumlotnictwa.pl/index.php/muzeum/historia

Biogram autora: http://www.kosslwrp.republika.pl/www/html/milart.htm

Wyświetleń: 474 | Dodał: Sekretarz
Copyright MyCorp © 2016
Strona www zarządzana przez system uCoz